Świadectwa

Maria Okońska (założycielka)

Najsilniejszym nurtem mojej duszy i całego mego życia od dzieciństwa było pragnienie należenia do Boga i zrobienia w życiu czegoś wielkiego dla Niego i dla Ojczyzny. Najbardziej lubiłam chodzić na nabożeństwa związane z kultem Serca Jezusowego, a nade wszystko — Eucharystii. Prawdziwą radością była dla mnie obecność na procesjach z wystawieniem Najświętszego Sakramentu. Ta nić eucharystyczna nie przerwała się nigdy w mej duszy. W momentach późniejszych "odejść", walk czy wątpliwości, Dobry Bóg zawsze nawiązywał do tego, co od dzieciństwa najbardziej dał mi ukochać: tajemnicy Jego miłości eucharystycznej. [...]

Do ważnych przeżyć z okresu szkolnego należy moja pierwsza pielgrzymka na Jasną Górę. Mój wuj Władysław Łuszczyński był prezesem Sodalicji panów. Gdy byłam w pierwszej klasie licealnej, zorganizował pielgrzymkę Sodalicji panów wraz z rodzinami do Częstochowy. Zabrał na nią swoją rodzinę, w tym także moją Mamę i mnie.

Na kilka godzin przed wyjazdem do Częstochowy weszłam do kościoła na Kamionku, aby uczynić rachunek sumienia przed spowiedzią pielgrzymkową. Było południe, około dwunastej. Ponieważ byłam sama, uklękłam w pobliżu głównego ołtarza. Zamiast robić rachunek sumienia, zaczęłam się modlić.

Miałam wrażenie, że Pan Jezus przemawia do mnie, wzywając do całkowitego oddania się Jemu na służbę. Miłość Jego, posunięta aż do przebywania w tabernakulum, wydała mi się tak wielka i zobowiązująca, a obcowanie z Nim, ukrytym w Najświętszym Sakramencie, szczęściem tak bezmiernym, że wszystko inne, tak zwany „urok świata”, a także mądrość ludzka, która mi bardzo imponowała, straciły dla mnie nagle barwę i sens. Zapragnęłam jedynie i wyłącznie Pana Jezusa w Eucharystii. [...]

Pamiętam ważne przeżycie z klasy maturalnej. Wspomniany już wujek Władysław zorganizował bal dla rodzin członków sodalicji panów. Zaprosił moją Mamę i mnie. Był to mój pierwszy prawdziwy bal. Dostałam śliczną błękitną sukienkę, a do włosów ozdobę z kwiatu jabłoni. Mój karnecik szybko się zapełnił. Nie opuściłam ani jednego tańca.

W pewnym momencie jednak ogarnęła mnie wielka tęsknota za Bogiem. Wyszłam z sali balowej i pobiegłam na piętro. Chciałam być sama. Poczułam, że ten bal mnie nie obchodzi. Zdawało mi się, że wszystko przestało istnieć. Miałam tylko jedno pragnienie — cała należeć do Boga. Był to pierwszy mocny „głos” powołania.

Po maturze, w końcu czerwca 1939 roku, moja rodzina wysłała mnie na kolonie prowadzone przez siostrę Emmanuelę Romanównę, zmartwychwstankę, w „Pałacu Tatrzańskim” na Bukowinie […]. Przyjechałam na Bukowinę jako „niewidząca” Matki Bożej, mimo że od kilku lat pragnęłam być sodaliską. Po łasce codziennej Komunii Świętej – największą dla mnie łaską było „zobaczenie” Matki Bożej. To było nie tylko „zobaczenie”, to był największy w moim dotychczasowym życiu wstrząs! On zadecydował ostatecznie o całym moim życiu i o jego kierunku.

Ksiądz Rostkowski [ks. Wiktor Rostkowski, moderator Sodalicji warszawskich] kochał Matkę Najświętszą tak gorąco i dziecięco, że w świetle jego miłości nie można było Jej nie zobaczyć. 16 lipca, w dzień Matki Bożej z Góry Karmel, w czasie Mszy Świętej, Ksiądz odwrócił się do nas i chciał mówić o Matce Bożej. Zamiast tego wyciągnął ręce i … zapłakał. Był to po prostu szloch. Nie zapomnę momentu, kiedy ten starszy, siwy kapłan, który wychował tyle pokoleń, zawołał do nas tonem takiej prośby, że kamień by się wzruszył: „Kochajcie Ją! Jedno mam wam do powiedzenia – kochajcie Ją!”. Odwrócił się od ołtarza i trzymając się mensy ołtarzowej płakał dalej…

We mnie uderzyło to, jak grom! Zaczęłam strasznie płakać, bo wewnętrznie „zobaczyłam” Matkę Bożą. – A „zobaczyłam” Ją tak promienistą, całą Bożą i Jezusową. Wydawało mi się, że ujrzałam w jednym momencie cały plan ekonomii Bożej wobec Maryi i – przez Maryję – zbawienia świata i ratowania każdego z nas. Maryja jest nie tylko po to, aby na ziemi zrodziła i wychowała Jezusa, ale po to także, aby Go rodzić w Kościele, w każdym człowieku. To cóż, że ja jestem taka grzeszna, kiedy jest Maryja, moje najwspanialsze usprawiedliwienie przed Bogiem? To cóż, że tyle razy byłam nad przepaścią, kiedy jest moja niezawodna Ratowniczka?! W Niej, z Nią i przez Nią wszystko mogę! […].

W życiu, w powołaniu i w całej Bożej sprawie, do której – jak już wtedy czułam – Bóg mnie wzywa, zwyciężę, uczynię wszystko, czego Bóg zapragnie, bo odsłoniła mi się i dała całkowicie – Maryja! Miałam skrzydła u ramion jak nigdy dotąd. Serce mi rozpierało pragnienie, aby lecieć na cały świat i wołać, krzyczeć, że jest Maryja!... Chciało mi się wszystkim dawać Maryję, aby inni także Ją „zobaczyli”. Ogarnęło mnie jakieś święte, Boże szaleństwo! Maryja mnie porwała. To szaleństwo nigdy mnie już nie opuściło. I – jak wierzę – nie opuści mnie do samej śmierci, do ostatniego tchu, bo ostatnim moim tchnieniem będzie… Maryja! – O Jezu! Synu Maryi, bądź uwielbiony!

 Maria Okońska „Przez Maryję wszystko dla Boga. Wspomnienia 1920-1948” (fragmenty)

O Irenie Daremniak

Irena Daremniak urodziła się w Warszawie 2 kwietnia (według dowodu o